Kto mi odda moje pieniądze?

Autor: Piotr Czublun

Dodano: 04-10-2019

Pożyczyłem od banku trochę kasy. Franków w tym było niewiele, ale zastanawiam się, czy wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi, nie powinienem był pożyczyć całości w szwajcarskiej walucie?

Biorąc kredyt złotówkowy, przyjąłem słuszne, jak się wówczas wydawało, założenie, że pożyczać należy w takiej walucie, w jakiej się zarabia. Stopy procentowe nie były wtedy tak niskie jak dzisiaj i w efekcie, przy podobnej kwocie pożyczonej w złotych, przez większość okresu spłat ratę miałem o około 20-25% wyższą, niż podobna rata naliczona od kredytu frankowego. Duża część moich znajomych, pożyczających wówczas pieniądze z banków na sfinansowania budowy lub zakupu własnej nieruchomości, podejmowała zupełnie inne decyzje, czyli miała za nic dobre rady (patrz wyżej: pożyczaj w walucie, w jakiej zarabiasz), kierując się jedynie bieżącą wysokością raty, a nie ryzkiem walutowym. I nikt, podkreślam NIKT, mnie nie przekona, że Polacy nie wiedzą, co to jest ryzyko walutowe/kursowe. Statystyczny Polak, a takiego należy brać pod uwagę, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że CHF dzisiaj kosztuje X PLN, a za miesiąc może kosztować 110% X PLN. Nie kupuję narracji o niczego nieświadomych biednych owieczkach, które zostały wmanewrowane przez perfidne banki oferujące tajemniczy i dla nikogo niezrozumiały instrument finansowy. I dla jasności – żaden bank ani ZBP nie zapłacił mi za ten komentarz i wyrażam tutaj jedynie własną, tylko częściowo prawniczą, ocenę całej sytuacji.  

Jednak, niezależnie od mojej bardzo subiektywnej oceny, pozostaje pytanie – co z moim kredytem złotówkowym?

Po głośno komentowanym, co oczywiste, orzeczeniu TSUE kolejne polskie sądy mogą orzekać albo o nieważności umów indeksowanych frankami, albo o przekształceniu tych umów w umowy w pełni „złotówkowe”, ale z oprocentowaniem ustalanym w oparciu o stopy obowiązujące dla kredytu „frankowego”. Co to oznacza w praktyce? Ano tyle, że moi znajomi, którzy wcześnie śmiali się ze mnie, frajera, biorącego kredyt w złotych, bo przecież płacili dużo niższe raty, teraz będą się śmiać ze mnie jeszcze bardziej, bo ciągle będą płacić dużo mniej, mając znacznie niższą podstawę oprocentowania (LIBOR jest znacznie niższy niż WIBOR).

Potwierdza się zatem teoria, że ten, kto dużo krzyczy, łatwiej swoje dostaje. A ponieważ rozsądni kredytobiorcy „złotówkowi” nie krzyczeli, więc nic też nie dostaną. Może to czas na inicjatywę „Kto odda mi moje pieniądze?”. Ktoś przecież za to całe zamieszanie powinien wziąć odpowiedzialność i w przypadku kredytów złotówkowych nie będą to jednak banki (nikt chyba nie zaneguje legalności „normalnych” kredytów złotówkowych - oczywiście może to teza na wyrost, ale gdzieś musi być granica absurdu). Przecież to kolejne rządy dopuszczały możliwość oferowania kredytów indeksowanych w walucie, to polskie państwo, decyzjami Rady Polityki Pieniężnej, spowodowało, że Polacy przez lata spłacali kredyty złotówkowe znacznie droższe niż walutowe i to państwo, a nie banki ponoszą odpowiedzialność za całą tę sytuację (mam świadomość, że RPP nie kierowała się interesem kredytobiorców pożyczających w rodzimej walucie, ale to właśnie decyzje Rady mają bezpośredni wpływ na wysokość oprocentowania). Decyzje banków były odpowiedzią na potrzeby rynku. Gdyby Polacy gremialnie nie kupowali kredytów walutowych, to takiej oferty po prostu by nie było. Jednocześnie, to państwo miało wszelkie instrumenty prawne, żeby raz na zawsze zakazać oferowania takich produktów. Czy zatem państwo odda mi pieniądze, które nadpłaciłem, biorąc kredyt w złotówkach i licząc na to, że państwo gra fair, co, jak widać na moim przykładzie, nie jest prawdą? Odpowiedź na to pytanie jest oczywista.

Pozostaje mieć nadzieję na to, że jednak polskie sądy będą orzekać, kierując się zasadami fundamentalnej sprawiedliwości (bank powinien ponosić odpowiedzialność za misseling, czyli np. zapewnianie klienta, że ryzyko walutowe praktycznie nie istnieje, o ile oczywiście klient taki misseling udowodni). Jednak taki scenariusz jest mało prawdopodobny, biorąc pod uwagę skrajnie proklienckie podejście wszelkich sądów i urzędów.

Cóż, pozostaje pogodzić się z myślą, że jednak jestem frajerem, tak jak kilka milionów Polaków, którzy kierując się zasadami zdrowego rozsądku i odpowiedzialności zaciągnęli kredyty w złotówkach. A może by tak „zbiorowy pozew frajerów”? 

wstecz